WYWIAD | Hubert Hender

Źródło

Hubert Hender to młody pisarz, który zadebiutował w 2013 roku książką „Zapora” (Wydawnictwo Oficynka). To pierwszy tom serii o komisarzu Iwanowiczu i podkomisarzu Gawłowskim. Drugi tom tej serii ukazał się 3 lata później w Wydawnictwo FILIA, a trzeci swą premierę miał 26 kwietnia 2017 roku. Hubert Hender zaczytuje się w Dostojewskim i Kunderze. Uwielbia góry.

 

 

 

Czy jest Pan zadowolony ze współpracy z Wydawnictwem Oficynka? Dlaczego kolejne tomy serii zdecydował się Pan wydać w innym wydawnictwie?

Oczywiście jestem zadowolony ze współpracy zarówno z pierwszym, jak i drugim wydawnictwem. Wydawnictwo Filia jest znacznie prężniejszym wydawnictwem, a na takim wydawcy zależało mi od zawsze.

Jakie jest Pana największe marzenie?

Jeśli chodzi o marzenia literackie, to chciałbym wreszcie przeczytać wszystkie książki jakie posiadam, ale na to bym potrzebował wielu lat nieprzerwanego czytania. Nie jestem jednak aż taki zachłanny – wystarczy mi, gdy czytam parę książek miesięcznie. Swoją dobę i wolny czas dzielę na wiele różnych czynności, więc czytam głównie wieczorami. No i finalnie daje to taki rezultat, że nie czytam tyle, ile bym chciał.

Wracając do pytania – chciałbym mieć przed sobą perspektywę i świadomość, że czeka na mnie cała masa cudownych książek, które mnie jeszcze zachwycą, które mnie wzbogacą, rozbudzą nowe horyzonty, otworzą oczy, nauczą jeszcze większej wrażliwości. Jeśli przez całe życie będę miał taką gwarancję – nawet zbyt idealistyczną (może ciut naiwną) – to moja potrzeba czytelnicza na pewno w żaden sposób nie zostanie zachwiana.

A jeśli chodzi o marzenia pisarskie, to chciałbym, aby nie kończyły mi się pomysły na kolejne książki. Będę spełniony, jeśli napiszę około piętnastu, dwudziestu książek.


Tworząc komisarza Iwanowicza i podkomisarza Gawłowskiego, wzorował się Pan na kimś?

Od początku do końca postać na pierwszym etapie planowania (podczas pisania pierwszej książki) była wymyślona od podstaw i nie była na nikim wzorowana. Teraz jednak z każdym kolejnym tomem widzę, że obaj moi bohaterowie stają się swoistym zlepkiem różnych cech osób, które być może kiedyś widziałem, spotkałem (objawia się to głównie w języku) – mimo iż od dawna są już ukształtowani (choć jeszcze nie w pełni odkryci). Słowem podsumowania – są oni w pełni postaciami fikcyjnymi, ale mają cechy i sposób zachowania autentycznych osób.


Czym (lub kim) inspiruje się Pan, pisząc?

Bardzo trudne pytanie, ponieważ zainspirować może wszystko. Inspiracją może być jedno zdanie, jakie kiedyś przeczytałem, a które dziś, po latach, dało początek nowej fabule Bardzo często inspiracją może być lokalizacja, co w moim przypadku zdarzyło się już trzy razy. Zobaczę jakieś ciekawe miejsce, np. porzucony budynek, fabrykę i już rysuje w wyobraźni fabułę. Wiele więc zależy, gdzie postawimy wskaźnik owej inspiracji.

Jeśli chodzi o inspiracje literackie, to na ogół nie inspiruje się nikim, chociaż mam swoim mistrzów literatury, są nimi przede wszystkim tacy wielcy jak Tomasz Mann, Fiodor Dostojewski, Witold Gombrowicz czy chociażby Jarosław Iwaszkiewicz. Z pisarzy kryminalnych bardzo lubię specyficzny język i niepowtarzalny, choć wcale niełatwy, klimat jaki tworzy Mons Kallentoft.


Jaka książka z dzieciństwa jest Pana ulubioną?

Z samego dzieciństwa to niewiele pamiętam, ale przypomina mi się książka Wielka, większa i największa Jerzego Broszkiewicza. Jedna z najwyraźniej zapamiętanych lektur ze szkoły podstawowej, później nastąpił kolejny poziom edukacji z Medalionami Nałkowskiej, które wywołały na mnie piorunujące wrażenie, mimo iż krótka, to jednak jest to potężna opowieść. No i klasyk nad klasykami, nie mam absolutnie żadnego złudzenia, że to najlepsza polska powieść, czyli Lalka Bolesława Prusa. Klasyka w najwyższym wydaniu.


Przyjmuje Pan krytykę na klatę czy ją odrzuca?

Jeśli jest sensowna, to oczywiście przyjmuję. Z częścią zarzucanych mi uwag się zgadzam, reszta jest pisaniem krytyki dla samego pisania, z którą się raczej nie zgadzam. Kiedyś przeczytałem, że jedna z moich książek „jest nudna”, mimo iż znaczna część czytelników uznała zupełnie co innego. Wie Pan, tak postawiony argument można właściwie postawić każdej książce, każdemu utworowi.

Książka wrzucona jest zawsze w jakiś kontekst społeczny, kontekst życiowy bohatera literackiego, człowieka, który ma swoje życie, problemy, myśli, wspomnienia, sny, choroby, oczekiwania, marzenia. Tak jak my na co dzień.

Książce kryminalnej, poza tym kontekstem obyczajowym, dodaje się do tego jakąś zagadkę do rozwiązania i tyle. Oba te wątki – kryminalny i społeczny (czy obyczajowy) splata się ze sobą, aby opowieść była stosunkowo uniwersalna.

Kiedy piszę swoje historie, staram się tak je przedstawić, aby czytelnik uwierzył w nie. Gdybym porzucił warstwę obyczajową, inny czytelnik mógłby pomyśleć, że jest to książka nierzeczywista, bo policjanci mają przecież swoje życie prywatne. Z drugiej strony – gdybym dał więcej warstwy kryminalnej, ktoś inny by uznał, że jednak dobrze jest wziąć podczas czytania oddech i poznać życie codzienne bohatera. W ten sposób dochodzimy do sytuacji, której nie da się rozstrzygnąć tego na poziomie strukturalnym tak, aby każdy był zadowolony. Ja swojego pisania nie zrewolucjonizuję dla paru głosów krytyki.


Czy Pana zdaniem czytelnictwo w Polsce jest na wysokim poziomie? Młodzież czyta czy raczej „siedzi” w telefonach tudzież na komputerach?

Z czytaniem zawsze był ogromny problem, głównie dlatego, że literatura wymaga od odbiorców bardzo dużego zaangażowania. Porównać można to chociażby z muzyką – jedną płytę (dzieło) można przesłuchać w ciągu godziny. Sztuka plastyczna – podchodzimy do obrazu i możemy odczytać jego wartość artystyczną w minutę, może pół godziny (zależy to od wielu czynników), film – obejrzenie zajmuje do dwóch godzin, a ewentualna analiza, próba zrozumienia może zająć drugie tyle. Książka – przeczytanie średniej długości powieści czy zbioru opowiadań może zająć do kilku dni. Wniosek jest taki, że literatura stoi na samym szczycie umiejętności i czasu jaki musimy poświęcić do właściwego odbioru. A to oznacza, że wiele osób nie chce po nią sięgać, ponieważ jej przyswajanie jest zbyt trudne i zbyt czasochłonne.

A żeby się o tym przekonać, wystarczy się przejechać komunikacją miejską. Co piąta, dziesiąta osoba czyta książkę, inne wolą układać tetris lub kulki w telefonie, sprawdzać co się dzieje na Facebooku, duża część słucha muzyki i patrzy za okno. Są też tacy, którzy wyglądają jak takie manekiny i patrzą przed siebie, nawet jeśli mają przed sobą perspektywę długiej podróży. To samo dzieje się w pociągach. Trochę to smutne i mnie osobiście przeraża, że można wejść na taki poziom lenistwa i nic nie robić.

Obejrzałem wiele dyskusji na temat stanu czytelnictwa w Polsce i nawet tęgie umysły nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć jak poprawić ten stan.

Jeśli więc rodzice nie przekażą dziecku tych podstawowych umiejętności, że każdego dnia czytamy (nawet przez dziesięć, piętnaście minut), to te dzieci z góry są na straconej pozycji. Szkoła tu niewiele pomoże – ona może zmusić do czytania, ale nie rozbudzi tej pasji, którą powinni dać rodzice. Oczywiście jakiś ułamek się z tego wyłamie, ale to ułamek. Pozostałe dzieci, gdy staną się już dorosłe, nienauczone przez swoich rodziców zwyczaju czytania, jaki przekażą wzorzec swoim dzieciom? Taki sam lub gorszy. I tak schodzi ta lawina na kolejne i kolejne pokolenia.

A potem raport czytelnictwa w Polsce pokazuje, że tak właśnie jest. Albo jeszcze gorzej. I tu wcale nie należy się doszukiwać, że książki nie są ciekawe, że lektury w szkołach są zbyt staroświeckie. Jeśli dziecko lubi czytać, jeśli się je nauczy (bo samemu się lubi), to one wchłoną wszystko albo zaczną własne poszukiwania czytelnicze. Chodzi o wyrobienie w dzieciach zwyczaju czytania. Czegokolwiek.


Kolejna Pana książka ukaże się jeszcze w tym roku? Może zdradzić Pan jej tytuł i opowiedzieć troszkę o fabule?

Termin wydania zależy od wydawnictwa, ja już książkę oddałem kilka tygodni temu i powoli zmierzam ku końcowi z pisaniem następnej. Fabuła jest tajemnicą, ale mogę tylko zdradzić, że trochę pokomplikują się losy jednego z moich bohaterów.

I to będzie coś poważnego.

To pytanie musi paść. Jest Pan kociarzem czy woli psy?

Zdecydowanie koty. Uwielbiam je pod każdym względem. Podobnie jak profesor Jan Hartman, aby się zrelaksować, oglądam zwariowane filmy z ich udziałem.


Jaki etap w procesie wydawania książki jest najtrudniejszy?

Moim zdaniem oczywiście zaplanowanie całej fabuły, podział ról dla każdego bohatera no i  na końcu spisanie tego wszystkiego, co zajmuje wiele miesięcy dość intensywnej pracy. Książka powinna być przede wszystkim wiarygodna. Dla mnie jest to naczelny wyznacznik każdej książki – bez względu czy to jest powieść obyczajowa, kryminalna czy horror. Jeśli autor napisał ją tak, że ja wierzę, że coś takiego miało miejsce i nie otwieram oczu ze zdumienia na każdej stronie, to znaczy, że robota została dobrze wykonana.

Staram się więc pisać tak, aby czytelnik uwierzył w opowiadaną przeze mnie historię, dlatego też robię dużo, aby oddać pełen realizm (choć wybiórczy, bo podczas pisania muszę iść na pewne kompromisy i uproszczenia) i staram się stworzyć taką opowieść, aby była wiarygodna.

Oczywiście kolejne etapy wydawania książki są również trudne – cały proces redakcji, przygotowania do druku itp., ale część z nich już spoczywa w rękach wydawnictwa.


Co czuje Pan, gdy widzi na półce w księgarni swój utwór?

Przede wszystkim radość, że coś z czym żyłem na co dzień przez wiele miesięcy, co od podstaw sam wymyśliłem, czemu nadałem ostateczny kształt, finalnie stało się ładnie wydanym tomem, który stoi na półce księgarni w wielu miastach w całej Polsce.


Czy Pana zdaniem pisać każdy może?

Gdybym znał „każdego”, to pewnie łatwiej byłoby odpowiedzieć na to pytanie (śmiech). Ale odpowiadając zupełnie poważnie, uważam, że nie. Tak jak nie każdy powinien malować obrazy, nie każdy powinien śpiewać, nie każdy powinien nagrywać muzykę i ją wydawać, nie każdy powinien być projektantem mody, tancerzem, modelem czy architektem. Na szczęście mamy zróżnicowane umiejętności czy predyspozycje i niech każdy się realizuje w takich, w jakich czuje się dobrze. Nie ma ludzi uniwersalnych, którzy zrobią wszystko dobrze. Stąd też wniosek, że nie każdy powinien pisać.

Przede wszystkim aby zacząć pisać powieści, powinniśmy na którymś etapie swojego życia poczuć, że chcemy to robić; poczuć, że mamy całą masę kiełkujących w głowie opowieści, które chcemy napisać i wydać w postaci książki.

Jeśli idziemy po bułki lub idziemy do jakiegoś innego miejsca, kiedy jedziemy samochodem lub naprawiamy kran, i czujemy, że każda z tych czynności zapisuje nam się w głowie w postaci gotowych zdań i nadajemy im pewien sznyt literackości, to być może mamy w sobie ten zadatek. Pisarz przede wszystkim patrzy na otoczenie w postaci gotowych fraz, szuka dobrze i ciekawie brzmiących zdań, no i, rzecz jasna, szuka w swojej głowie ciekawych historii. Jeśli ciągle więc nasz umysł domaga się, abyśmy wreszcie to wszystko zaczęli spisywać, to może jest to jakiś znak.


Czego się Pan najbardziej boi?

Tego, że wielkie fundamentalne rzeczy, idee i instytucje mogą popaść w ruinę. Ostatnio bałem się, że ogromny system wymiaru sprawiedliwości w Polsce może runąć niemal jednego dnia (jeden dzień w znaczeniu symbolicznym).

Boje się też choroby lub śmierci bliskich.


Czy uważa Pan, że kursy kreatywnego pisania są pomocne? Korzystał Pan kiedyś z takiego kursu?

Niestety nie mam doświadczenia i nie wypowiem się w tej kwestii. Nigdy w życiu nie korzystałem z takich kursów i nawet nie wiem jak one przebiegają. Ale skoro są one organizowane, ktoś się na nie zapisuje, ktoś je prowadzi, to pewnie ma to jakąś swoją rację bytu, jednakże nie umiem tego ocenić w kategorii „przydatności”. Podejrzewam, że na pewno otwierają one oczy pretendującym pisarzom jak wygląda pisanie i wydawanie książek i że to wcale nie jest takie proste. Zwłaszcza, gdy pierwsza powieść jest już wydana, bo tę chyba jest zawsze najłatwiej napisać. Z każdą kolejną jest już trudniej.

Jeśli więc te kursy nie dość że uczą samego pisania, to jeszcze otwierają młodym osobom oczy, to może i dobrze że takie powstają – na zasadzie pewnej analogii: są szkoły aktorskie, są akademie sztuk pięknych, są wydziały architektury – miejsca w których uczą sztuki i rzemiosła, natomiast jako takich szkół pisarskich w Polsce nie ma.

A dobrze jest wejść w jakąś profesję nie tylko z czystej pasji, z potrzeby serca, ale jeszcze mając jakąś wiedzę i doświadczanie.

Zadebiutował Pan w 2013 roku książką „Zapora”, która jest pierwszym tomem serii o Komisarzu Iwanowiczu i podkomisarzu Gawłowskim. Jak wpadł Pan na pomysł? Czy teraz, po czterech latach, zmieniłby Pan coś w tej książce?

Od momentu wydania Zapory nie czytałem jej ponownie, bazuję więc tylko na tym, co pamiętam z okresu, gdy ją pisałem. Wiem na pewno, że parę rzeczy chętnie bym zmienił – to znaczy rozbudowałbym parę wątków, pogłębił je. Na pewno nie zmieniłbym całej struktury, ani nie zmienił samych wydarzeń. W ogólnym zarysie uważam, że to świetna książka. Do dziś spotykam się z miłymi słowami pod jej adresem. Oczywiście każda książka, nawet taka która w momencie wydania wydaje się idealna, skończona, po latach wydaje się już mniej idealna. Czas jednak robi swoje i zmienia zapatrywanie nawet na własną twórczość.

Ale to dobrze. Bo literatura, jeden utwór, czytany po latach, zmienia się. Zmienia się jej odbiór, recepcja, ogólna wartość. Głównie dlatego że i my się zmieniamy.

 

 

Dziękuję za tak obszerne odpowiedzi! Nie mogę się doczekać, aż kolejna Pana książka ujrzy dzienne światło i będę mógł ją pochłonąć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s