Marta Bilewicz

Marta Bilewicz urodziła się w maju 1975 roku. Obecnie mieszka w Gdańsku, z którego pochodzi jej tata. W 2001 roku debiutowała powieścią „Tajemnica Skarabeusza”. Jej kolejną, znakomitą powieścią była „Zdążyć przed świtem”, która ukazała się w 2012 roku. Jak na razie najnowsza to „Goniąc cienie” wydana w 2014.
Zapraszam do przeczytania mojej recenzji „Goniąc cienie”

Sebastian: Zacznę od standardowego pytania. Czy w młodości myślała Pani o pisarstwie?

Pani Marta: Jak najbardziej. Pierwsze opowiadania i wierszyki pisałam już jako dziecko, w szkole podstawowej. W szóstej klasie, o ile dobrze pamiętam, napisałam opowiadanie na szkolny konkurs, którym go wygrałam. Pierwszą książkę zaczęłam nieśmiało pisać w wieku piętnastu lat. Oczywiście była ona wówczas okrutnie niedopracowana, nudne, rozwlekłe dialogi,
postaci bez wyrazu – po prostu jedna wielka pomyłka. Odłożyłam ten zamysł i zapisane kartki do szuflady na kilka dobrych lat, a potem do nich wróciłam. Przejrzałam, napisałam jeszcze raz od początku i książka ukazała się drukiem w 2012 roku pod tytułem „Zdążyć przed świtem”.

Skąd zrodził się pomysł na napisanie „Zdążyć przed świtem”?

To dawna fascynacja kinem lat osiemdziesiątych, później walkami Wschodu, historią buddystów i starodawnych rycerzy ninja, ogólnie też Japonią i japońskimi obyczajami. Ale wtedy chyba nie czułam się gotowa do obsadzenia akcji w Japonii, więc wyszło jak wyszło. Na szczęście nie tak jeszcze najgorzej. Mam sentyment do tej książki, ponieważ poświęciłam jej ładnych parę lat.

Kto najbardziej wspierał Panią podczas pisania?

Dawniej rodzice. Teraz jeszcze mąż. No i córka, która – choć ma dopiero siedem lat – bardzo jest zaangażowana w sam proces tworzenia. Zawsze się dopytuje, czy pisałam danego dnia i czy dobrze mi szło 🙂

Jakie jest Pani największe marzenie?

Przyziemnie: zdrowie dla mojej rodziny. Literacko: chciałabym znaleźć „swoje” wydawnictwo, bo w firmie wydawniczej nie wydam już nigdy żadnej książki. Głównie z z tego powodu, że taka firma nigdy i nigdzie nie wypromuje autora, a książki ukazują się prawie wyłącznie w Internecie.
Swoją pierwszą książkę wydałam w zwykłym wydawnictwie – można ją było kupić w każdej niemalże księgarni, znalazłam ją nawet w maleńkim sklepiku w bocznej uliczce w Kołobrzegu. Pozostałych dwóch nie ma nigdzie poza księgarniami internetowymi. Nie można jej kupić ot tak, podczas zwyczajnej wizyty w księgarni, a co za tym idzie, zwykły, przysłowiowy Kowalski, nie ma szans dowiedzieć się nawet, że taka książka istnieje. Firma wydawnicza bierze pieniądze od autora jako partycypowanie w kosztach, twierdząc że połowę kosztów pokrywa firma, połowę autor. Tak naprawdę autor pokrywa całkowite koszty, a sama firma, już później, kiedy książka zostaje wydana, o autorze zapomina i nie przejmuje się dalej jego losem. Dlatego też postanowiłam szukać wydawnictwa do skutku, jeśli nie znajdę, cóż, więcej niczego po prostu nie wydam.

Ma Pani jakieś postanowienia noworoczne?

Nie, nigdy takowych nie robię.

Czego możemy spodziewać się w 2015 roku?

Ogólnie na świecie to nie wiem 😉  Ode mnie? Będę szukała wydawnictwa
dla ukończonych już dwóch książek, a potem również dla książki, którą
piszę obecnie.

Pisarstwo traktuje Pani jako coś poważnego, czy tylko hobby?

Każde moje hobby jest dla mnie poważne, ale pisanie książek jest moją
pasją. Powiedzieć, że to hobby, to za mało. Hobby to na przykład
zdobienie przedmiotów metodą Decoupage (co bardzo lubię), praca w
ogródku, stare przygodówki komputerowe czy ptaki. Pisanie natomiast jest
czymś, bez czego nie wyobrażam sobie swojego życia.

Coraz częściej słyszy się o polskich powieściach. Sięga Pani po taką literaturę?

Oczywiście! Polscy autorzy w niczym nie ustępują tym z zagranicy. Naturalnie, że sięgam po książki polskich pisarzy, udzielam się w akcji Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają, która robi dużo dobrego dla polskich autorów i która promuje ich jak tylko może, szuka dla nich recenzentów, robi spoty reklamowe, organizuje czaty. Gęsi promowały moją najnowszą powieść „Goniąc cienie”, a od paru miesięcy sama jestem recenzentem w Gąskach i bardzo chętnie zgłaszam się po książki polskich pisarzy.

Pani najnowszą powieścią jest „Goniąc cienie”. Skąd taki pomysł na książkę?

„Goniąc cienie” było kiedyś opowiadaniem pt.: „Zaginiony Tycjan”. Obszernym, ale opowiadaniem. Kocham malarstwo Tycjana, w szczególności właśnie Wenus z Urbino i Pokutującą Marię Magdalenę – bardzo chciałam to do czegoś wykorzystać i napisałam opowiadanie. I jakoś później uznałam, że może jednak powieść? Tycjan odsunął się na drugi plan, nie jest już taki istotny, a książka, żyjąc własnym życiem, poturlała się w nieco innym kierunku.

W swoich książkach zawarła Pani jakąś część siebie?

Nie. Postaci są w zupełności wyimaginowane, choć pewnie przemycam w nich jakieś swoje zainteresowania, jak choćby wspomniana już Japonia czy malarstwo Tycjana.

Otrzymała Pani jakąś negatywną opinię dotyczącą którąś z książek? Bierze sobie Pani takowe do serca?

Oczywiście! I jak najbardziej biorę sobie do serca. Każdy autor, wypuszczając swoje książki i inne utwory w szeroki świat, musi liczyć się z krytyką. Niemożliwe jest, by dana powieść spodobała się każdemu. Jeśli ktoś zbiera wyłącznie pozytywne recenzje, to – o ile nie jest to Zusak i „Złodziejka książek” – coś jest nie w porządku. Ilu ludzi, tyle opinii. Pozytywne recenzje budują i dodają autorowi skrzydeł, negatywne podcinają skrzydła i nie ma tu żadnych odstępstw. Nawet jeśli czytamy sto opinii pozytywnych i nagle zdarzy się w tej setce jedna negatywna, ściąga nas ona z nieba na ziemię. Inna sprawa, że trzeba mieć trochę dystansu do samego siebie, ludzie oceniają przecież książkę, a nie mnie, bo mnie nie znają, książkę mają prawo oceniać. Skoro zdecydowałam się coś opublikować, liczę się z tym, że pojawią się recenzje – różne. I tak, każdą biorę sobie do serca i staram się wyciągać z niej wnioski. Dobra, konstruktywna i obiektywna recenzja, jest bardzo ważnym elementem w życiu literackim pisarza, autora. Z dobrej recenzji da się wyciągnąć wnioski. Może coś robię źle? Może warto się temu przyjrzeć i coś zmienić? Nie biorę pod uwagę recenzji, w których ktoś pisze coś w stylu: „Książka mi się nie podobała, bo nie”. Z takiej opinii nie wynika kompletnie nic. Cenię sobie recenzje, w których osoba recenzująca przygotowała się do napisania tekstu, potrafiła wskazać zarówno plusy, jak i minusy, potrafiła swoje zdanie umotywować i zdobyła się na więcej niż dwa zdania na krzyż. I sama staram się właśnie takie recenzje pisać – przykładowo jedna zabiera mi od dwóch do trzech godzin. Mnie praca nad książką zajęła powiedzmy cztery czy pięć miesięcy, kwitowanie tej pracy „nie podobało mi się, bo nie” w jednym zdaniu, jest po prostu nic nie warte i nie trzeba się tym przejmować.

Co radzi Pani osobom, które chcą wydać swoją powieść? Jak mają się do tego zabrać?

Radzę pisać. Stale. Codziennie, w miarę możliwości nawet po kilka godzin. I czytać, ile się tylko da. Nikt nie zostaje pisarzem po stworzeniu jednego opowiadania. Ani dwóch. Ani nawet dziesięciu. Autorem nikt się nie rodzi, to jest coś, co można w sobie wypracować, o ile się to oczywiście lubi, ale trwać to będzie lata. Osobiście piszę od dwudziestu pięciu lat i wcale nie uważam, że jestem w tym dobra. Ja się ciągle uczę, próbuję swoich sił w różnych gatunkach. Ostatnio tworzę plan do thrillera, ale też piszę książkę dla dzieci. Czy się ukażą czy nie, to nie ma znaczenia. Autor ćwiczy swój warsztat całe życie, nie jest tak, że pewnego dnia się budzi i stwierdza „jestem pisarzem”. Aby ćwiczyć warsztat, trzeba po prostu pisać, pisać i pisać. Po jakimś czasie można wrócić do tego, co napisało się pięć lat temu – gwarantuję, że różnica będzie ogromna, widzialna gołym okiem 🙂 Jeśli ktoś uważa, że stworzył coś, co można wydać, niech da to coś do przeczytania trzem niezależnym osobom. Jeśli każda z nich wypowie się pozytywnie na temat książki, można spróbować. Korekta autorska, czyli czytanie i poprawianie tego, co się napisało, powinna potrwać kilka tygodni. Jeśli ktoś skończył pisać książkę, po czym ją przeczytał i tego samego dnia stwierdza, że może ją już wysłać do potencjalnych wydawców, popełnia poważny błąd. To oczywiście dobrze, że ją przeczytał, ale powinien to zrobić jeszcze ze dwa, trzy razy. Tylko tak wyłapie literówki, błędy i nieścisłości. Przeciętnie, na taką korektę autorską, autor powinien poświęcić jakieś osiem tygodni.

Pracuje Pani aktualnie nad jakąś książką? Może zdradzić Pani trochę fabułę?

Tak. W moim życiu zawsze jest jakaś książka, nad którą obecnie pracuję, choć nie każda ujrzy światło dzienne. Obecnie piszę książkę dla dzieci, na specjalną prośbę mojej córki, a jest to opowieść o magicznym kotku, mitycznej bogini Freyi i Drzewie Świata. Niedługo książkę kończę, a czy będę próbowała ją wydać, bardzo możliwe. Dla dorosłych też się coś tworzy, choć na razie zostało odłożone na bok. Dziękuję 🙂
Dziękuję za odpowiedzenie na pytania. Z ciekawością czekam na najnowsze powieści. Na razie chcę przeczytać jeszcze dwie, których nawet nie „liznąłem”, ale myślę, że niedługo uda mi się to. Powodzenia w dalszej karierze pisarskiej.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s